To chyba najtrudniejsza sekcja tej strony.
Opisać swoją własną metamorfozę… Większość ludzi pod hasłem „metamorfoza” prawdopodobnie spodziewa się ogromnej wizualnej zmiany albo pod kątem redukcji masy ciała albo dużego przyrostu tkanki mięśniowej i separacji mięśni, ewentualnie zmiany trybu życia z objadania się pizzą przed telewizorem na pokonanie Iron Mana. No cóż, niestety (albo stety) nigdy otyła nie byłam, wychudzona też nie, a że nie startuję w zawodach sportów sylwetkowych, to nieszczególnie potrzebowałam robić masę a później docinać do ostatniego % tkanki tłuszczowej. Jednak od zawsze, z krótszymi lub dłuższymi epizodami lenistwa, byłam dość aktywną fizycznie osobą. Dużo czasu minęło od bycia dzieckiem, więc też wiadomo, że niektóre zmiany powstają w wyniku spontanicznego rozwoju osobniczego. Jednak że, jeśli miałabym coś wyszczególnić, to moja największa metamorfoza to przemożenie się do pokonywania własnych barier i zmiana w postrzeganiu aktywności fizycznej, rozdzielając ją na spontaniczną aktywność ruchową, a aktywność treningową. Tak, jest różnica. Obie mają inne cele. Pierwsza ma po prostu zapewnić ruch w życiu codziennym aby cieszyć się jak najdłużej dobrym zdrowiem. Druga ma na celu zwiększanie możliwości psychofizycznych człowieka, wykorzystanie i poprawę potencjału jego ciała oraz uczy dyscypliny poprzez sukcesywną pracę nad sobą i walkę ze swoimi słabościami. Nie zawsze nam się chce, nie zawsze jesteśmy zmotywowani, zwłaszcza kiedy szybko chcemy uzyskać efekty swojej pracy, a tych często nie sposób prędko zauważyć jeśli chodzi o zmiany w naszym ciele. Tym bardziej jeśli nie monitorujemy konkretnych parametrów i mierzymy wszystko na oko. Tak też się da, ale w tym celu potrzebna jest edukacja, a przede wszystkim zdobycie doświadczeń na własnym ciele przerabiając wiele procesów związanych z treningiem na sobie. Tego nie da się nauczyć nawet z najlepszego podręcznika czy wysoko punktowanych artykułów naukowych. Tak więc, będąc zmotywowana niezadowoleniem ze swojego ciała jako dziecko, zaczęłam szukać wiedzy mogącej poprawić moją sylwetkę, sprawność fizyczną i wyniki sportowe oraz doświadczać i przerabiać ją na sobie.
Sami zobaczcie … Przed 2007 byłam dużo szczuplejszym dzieckiem, ale w 2008 roku, czyli w wieku 13 lat, moja waga sięgnęła swojego apogeum doklejając mi łatkę sporej nadwagi, a ja na myśl o bieganiu dostawałam białej gorączki. Jednak to właśnie ten rok był przełomowy w moim życiu. Ważyłam wtedy prawie tyle samo co aktualnie czyli 64kg, z tą różnicą, że gdyby usunąć moją wypracowaną przez lata muskulaturę, moja masa ciała wynosiłaby nieco ponad 50 kg. Jak na mój wzrost, i znając siebie, pewnie starałabym się kręcić w przedziale między wagą optymalną a niedowagą.


Zaczęłam uprawiać więcej sportu, uczyłam się liczyć kalorie i trzymać dietę. Raz było lepiej, raz gorzej, ale zaprzyjaźniłam się z bieganiem.
Nie dla wyników, tylko dla efektów, co widać na zdjęciach po bokach tekstu.
Po lewej „gorsze chwile” w liceum, a zaraz obok efekt ponownego „wzięcia się za siebie”. Pomiędzy jeszcze, zdjęcie po prawej stronie tekstu, przelotem waga piórkowa.

A aktualnie...

Jak widać na załączonym obrazku, mięska zdecydowanie przybyło. 10 lat różnicy i prawie tyle samo więcej suchej masy mięśniowej, będącej po prostu skutkiem ubocznym ćwiczeń i diety a nie priorytetem. Nogi, a najbardziej uda, zawsze miałam dość spore, a łydki, jak na moje oko mało kształtne, nie mniej zdecydowanie, mimo prawdopodobnie podobnego obwodu, ich zawartość zmieniła się w kierunku zwiększonej ilości mięśni niż tkanki tłuszczowej. Z czasem po prostu stwierdziłam, że nie ma co walczyć z genetyką i jeżeli mam takie proporcje ciała a nie inne, to trzeba po prostu sprawić, żeby były silne, wytrzymałe i sprawne. Akceptacja, że nie osiągnie się wymarzonej sylwetki rodem jakiejś sex bomby, czy influencerki z Instagrama, jest bardzo istotna. Ja zdecydowałam trzymać się sylwetki nieco bardziej przypakowanej babeczki z nieco niższym niż normalny poziom tkanki tłuszczowej i z miesiąca na miesiąc, z roku na rok stawać się coraz silniejszą lub po prostu utrzymywać formę na wysokim poziomie. Ani masa, ani redukcja, po prostu zawsze w trybie rekompozycji 😛
Niestety moja choroba związana z odżywianiem bardzo często psuła mi wiele planów, dlatego mój styl prowadzenia treningów czy trzymania założonego odżywiania jest bardzo elastyczny i modyfikowalny, co moim zdaniem stanowi bardzo duży atut, tak samo jak radzenie sobie w przypadkach osób z podobnymi zaburzeniami. Nauczyłam się działać spontanicznie w kryzysowych sytuacjach, aby ze spokojną głową nie porzucać swoich marzeń przez pierwszą lepszą niedogodność losu. Czy to brak czasu, czy pieniędzy, czy butów do biegania, czy paskudna pogoda albo obiad u babci… jak nie spacer to pompki w domu… chcieć to móc!
Przeglądając swoje profile w portalach społecznościowych, zauważyłam tendencję, że właściwie co roku, w lato redukcja w zimę masa. Nie ze względu, że taki był plan, tylko dlatego, że w tym okresie najtrudniej walczyć z wszelkimi przeciwnościami ruchowo-dietetycznymi. Przyznaję się, że właściwie co roku trzymałam formę i ją psułam, jednak głównie przez chorobę. Nie mniej, mimo wielu przeszkód, zawsze potrafiłam do niej wrócić, a to pokazuje jak dużą trzeba mieć determinację, ale i wiedzę, jak nie doprowadzić się na lata do ruiny, jak na chwilę przezimować i wrócić ze zdwojoną siłą. I nie mam tutaj na myśli tylko błędnego koła tyję-chudnę, ale przede wszystkim poprawianie swoich wyników sportowych. No przecież spójrzcie na te bicepsy xD … Raz bardziej ulane, raz mniej, ale zawsze są i wydaje się, że z każdym rokiem większe!







Jak widzicie, tak naprawdę ciężko ocenić czyjąś metamorfozę. Zwłaszcza jeżeli nie docenia się subtelnych zmian. A taką może być, po prostu lepsze nastawienie do życia czy więcej energii i motywacji do realizowania swoich marzeń. Mimo gorszych okresów, gdybym się poddała, na pewno nie zrobiłabym takich wyników jak 140kg w martwym ciągu, 75kg w wyciskaniu na klatę czy przebiegnięcie 2 maratonów i 4 półmaratonów zaczynając od… awersji do biegania. Może ktoś pomyśli, że mam skłonności autodestrukcyjne, ale do tej pory dysk mi „nie wypadł” mimo ciągnięcia 130kg w deadlifcie BEZ PASA 😀 Ale też w końcu jestem fizjo to jakoś się ponaprawiam, co nie? Ktoś pewnie zapyta „po co to robię jeśli nie startuję w zawodach i z tego nie żyję?” Odpowiem po to, żeby w życiu było lżej i wciąż czekam na swoją kategorię wiekową 60+, wtedy mam zamiar przejść na zawodowstwo …
Żarty, żartami, ja to po prostu lubię, tak jak ktoś może lubić grać na gitarze ale niekoniecznie grać w zespole i na tym zarabiać. Tak dla siebie, żeby być zdrowszym i lepszym człowiekiem z pasją oraz móc dzielić się nią z innymi. Jeśli naprawdę nie wiesz już jak zmotywować się do zmiany, to być może właśnie ja, będę w stanie Ci pomóc. Na co dzień walczę z tymi samymi problemami co Ty, ale moja broń nie pochodzi z tego świata, ona pochodzi z wewnątrz mnie i chętnie pomogę ci wykuć w sobie Twoją własną. Zapraszam do kontaktu 😊



